Cześć wszystkim. Zakładam ten temat, bo mam wrażenie, że im więcej czytam, tym mniej wiem. Wszędzie tylko “Bitcoin to”, “Bitcoin tamto”. W wiadomościach trąbią, że bije rekordy. Sąsiad podobno kupił sobie nowe auto za krypto. Kolega w pracy ciągle siedzi z nosem w telefonie i coś tam sprawdza. A ja? Ja stoję z boku i się zastanawiam, jak się do tego tortu w ogóle dobrać. Mam trochę wolnej gotówki. Nie są to miliony, ale leży to na koncie w banku i traci na wartości przez inflację. Pomyślałem, że może ten słynny Bitcoin to jest rozwiązanie. Tylko że jak zacząłem szukać sposobów na zarobek, to mnie głowa rozbolała od nadmiaru opcji. Dlatego piszę do was, starych wyjadaczy. Jak to wygląda w praktyce? Na czym wy konkretnie zarabiacie?
Najbardziej oczywiste wydaje się po prostu kupienie tego Bitcoina. Idę na giełdę, czy tam do kantoru, wpłacam złotówki, dostaję ułamek Bitcoina i czekam. To się chyba nazywa HODL, tak? Brzmi prosto. Ale tu mam wątpliwości. Co jeśli kupię teraz, a cena spadnie o połowę? Wtedy nie zarabiam, tylko tracę. Czy wy czekacie latami? Czy może sprzedajecie, jak tylko trochę podskoczy? Bo ja bym chciał widzieć jakieś zyski w miarę szybko, a nie czekać na emeryturę. Z drugiej strony, jak będę ciągle kupował i sprzedawał, to pewnie zjedzą mnie prowizje i podatki. No i ten stres. Czytałem, że ludzie potrafią stracić majątki, bo sprzedali w panice. Czy samo trzymanie Bitcoina na portfelu faktycznie daje zarobić, czy to tylko legenda dla cierpliwych mnichów?
Druga sprawa, o której słyszałem, to handel. Czyli trading. Kupuję rano taniej, sprzedaję wieczorem drożej. Brzmi jak praca na pełen etat. Oglądałem o tym filmy na YouTube. Te wszystkie wykresy, świeczki, trójkąty, głowy i ramiona. To wygląda jak czarna magia albo wróżenie z fusów. Czy da się tego nauczyć, jak się nie jest matematykiem? Czy zwykły człowiek, który ma pracę i rodzinę, ma szansę coś uszczknąć z tego rynku, grając w ten sposób? Boję się, że będę rywalizował z jakimiś robotami i funduszami inwestycyjnymi, które mają komputery szybsze od moich myśli. Czy ktoś z was zarabia na życie tylko handlując Bitcoinem dzień w dzień? Czy to raczej droga do szybkiego bankructwa?
Kiedyś dużo się mówiło o kopaniu. Mining. Pamiętam, jak kuzyn składał jakieś koparki z kart graficznych. Ale teraz podobno prąd jest tak drogi, że to się w ogóle nie opłaca w domu. Czy to prawda? Czy da się jeszcze zarobić na kopaniu Bitcoina w Polsce, czy to temat zarezerwowany tylko dla wielkich hal w Chinach czy USA? A może są jakieś inne sposoby “kopania”, które nie wymagają sprzętu za tysiące złotych? Słyszałem coś o kopaniu w chmurze, ale to mi pachnie ściemą na kilometr. Wpłacasz kasę, oni niby kopią dla ciebie, a potem znikają. Czy ktoś z was to robi i faktycznie wypłaca zyski?
No i są te wszystkie nowoczesne wynalazki. Lokaty w krypto. Pożyczanie swojego Bitcoina na procent. To brzmi kusząco. Mam Bitcoina, on sobie leży i jeszcze “rodzi” nowe Bitcoiny. Jak w banku, tylko procent lepszy. Ale po tych wszystkich aferach z upadającymi giełdami, to ja się boję. Że wpłacę komuś moje monety, a rano strona internetowa zniknie. Czy są jakieś bezpieczne sposoby, żeby Bitcoin pracował, a nie tylko leżał? Czy gra jest warta świeczki dla tych kilku procent rocznie? Bo ryzyko utraty wszystkiego wydaje się spore.
Zastanawiam się też, czy są jakieś sposoby na zarobienie Bitcoina bez inwestowania dużej kasy. Może jakaś praca za krypto? Albo jakieś programy partnerskie? Widzę, że niektórzy wrzucają linki polecające. Czy na tym da się realnie zarobić, czy to tylko grosze, na które szkoda czasu? Słyszałem też o grach, w których się zarabia krypto, ale to brzmi zbyt pięknie, żeby było prawdziwe. Pewnie trzeba najpierw wydać fortunę na jakieś postacie czy przedmioty.
Ogólnie mam wrażenie, że sposobów jest mnóstwo, ale każdy ma jakiś haczyk. Albo trzeba mieć duży kapitał, albo dużą wiedzę, albo stalowe nerwy. A ja szukam złotego środka. Chciałbym po prostu, żeby moje oszczędności pracowały lepiej niż w banku. Nie liczę na lamborghini za miesiąc. Chcę systematycznego, w miarę bezpiecznego wzrostu. Czy w świecie Bitcoina w ogóle istnieje coś takiego jak “bezpieczeństwo”? Czy to zawsze jest hazard?
Podsumowując moje wypociny. Gdybyście mieli teraz zaczynać od zera, z wiedzą, którą macie dzisiaj, to co byście zrobili? W co byście weszli? Tylko kupno i trzymanie? Czy może nauka handlu? A może coś zupełnie innego, o czym nie mam pojęcia? Nie chcę porad inwestycyjnych, bo wiem, że nikt za mnie decyzji nie podejmie. Chcę tylko poznać wasze historie i wasze podejście. Na czym wam się udało zarobić najwięcej, a na czym straciliście czas i pieniądze? Pomóżcie nowicjuszowi nie wtopić na starcie. Dzięki wielkie za każdą odpowiedź.
2 odpowiedzi na forum
Słuchaj, dobrze trafiłeś. Wylałeś z siebie to, co myśli każdy na początku. Siadaj, weź głęboki oddech. Wyprostuję Ci to szybko i bez zbędnego gadania.
Zacznijmy od najważniejszego. Nie ma “bezpiecznego” zarabiania na Bitcoinie. To nie obligacje skarbowe. Cena lata jak szalona. Możesz zobaczyć minus 50% na koncie w tydzień. Jak nie masz na to żołądka, odpuść już teraz. Serio. Szkoda zdrowia.
Pytasz o HODL. Czyli kup i trzymaj. To jest najnudniejsza metoda. I wiesz co? Statystycznie działa najlepiej. Większość ludzi, którzy kombinują, traci. Ci, co kupili i zgubili hasło na 5 lat, są najbogatsi. Ale tu jest haczyk. Nie chodzi o trzymanie miesiąc. Chodzi o lata. Bitcoin ma swoje cykle. Raz jest szał, potem dwa lata posuchy. Jak kupisz na górce, musisz czekać. Czasem długo. Ale w historii Bitcoina, nikt kto trzymał dłużej niż 4 lata, nie stracił. To wymaga cierpliwości mnicha. Nie sprawdzasz ceny codziennie. Sprawdzasz raz na pół roku.
Trading, czyli ten handel. Zapomnij. Mówię poważnie. To jest praca na dwa etaty. Rywalizujesz z algorytmami i bankami. One widzą więcej i szybciej. Te kreski na wykresach działają, jak w nie wierzysz. A potem przychodzi jeden news i wszystko burzy. Żeby na tym zarabiać, musisz poświęcić lata na naukę i stracić sporo kasy na błędy. Masz pracę i rodzinę? To nie dla Ciebie. Zostaniesz dawcą kapitału dla rekinów.
Kopanie. Mining. W Polsce? Z naszymi cenami prądu? Zapomnij. Będziesz dokładał do interesu. Hałas, ciepło, awarie sprzętu. To zabawa dla wielkich firm w krajach, gdzie prąd jest za grosze. Kopanie w chmurze to w 99% oszustwo (scam). Wpłacasz kasę i tyle ich widziałeś. Omijaj szerokim łukiem.
Lokaty i pożyczanie. To brzmi fajnie. 5% rocznie. Ale pamiętasz zasadę “nie twoje klucze, nie twoje waluty”? Jak giełda upadnie (a upadają, patrz FTX), tracisz 100% środków. Czy warto ryzykować utratę całości dla marnych 5% zysku? Moim zdaniem nie. Bitcoin ma rosnąć sam z siebie. Nie musisz go pożyczać, żeby zarabiał. Trzymaj go u siebie, na własnym portfelu. To jedyne prawdziwe bezpieczeństwo.
Darmowe zarabianie, gry, kraniki. Szkoda prądu i czasu. Będziesz klikał godzinę za 50 groszy. Lepiej weź nadgodziny w normalnej pracy. Zarobisz więcej i szybciej kupisz za to krypto.
Więc co ja bym zrobił na Twoim miejscu?
Zastosowałbym metodę DCA. Dollar Cost Averaging. Brzmi mądrze, ale jest banalne. Ustalasz sobie kwotę. Np. 200 zł miesięcznie z wypłaty. I kupujesz Bitcoina. Zawsze tego samego dnia miesiąca. Nieważne, czy cena rośnie, czy spada. Jak jest drogo, kupisz mniej kawałka Bitcoina. Jak jest tanio, kupisz go więcej. To uśrednia Twoją cenę zakupu.
Dzięki temu nie stresujesz się “czy to dobry moment”. Zawsze jest jakiś moment. Po roku czy dwóch masz uzbieraną niezłą sumkę po średniej cenie rynkowej. To zdejmuje z głowy emocje.
Moja rada? Kup portfel sprzętowy. Taki pendrive na krypto. Rób to DCA co miesiąc. Przelewaj środki na ten portfel. I żyj swoim życiem. Wróć do tematu za 5 lat.
Nie szukaj drogi na skróty. Na krypto szybkie pieniądze to mit. Szybko to się tu tylko traci. Wolne, nudne zbieranie wygrywa ten wyścig. Powodzenia.
Poprzednik mądrze gada. DCA i trzymanie na portfelu to jedyna metoda, żeby spać spokojnie. Ale umówmy się. To jest metoda dla emerytów albo ludzi, którzy mają już dużo kasy. Nudna jak flaki z olejem. Jak masz mały kapitał i chcesz go szybciej pomnożyć, to musisz zaryzykować. Tylko ostrzegam, wchodzisz na pole minowe.
Jeśli masz czas, a nie masz kasy, zainteresuj się airdropami. To jest polowanie na darmowe rozdawanie krypto. Nowe projekty potrzebują ludzi do testowania ich sieci. Klikasz, robisz transakcje testowe, dołączasz do ich Discorda. W zamian, jak projekt startuje, dają Ci darmowe tokeny. Czasem to są grosze. A czasem wpadnie parę tysięcy dolarów za kilka godzin klikania. Haczyk jest taki, że musisz uważać na fałszywe strony, które wyczyszczą Ci portfel. No i musisz poświęcić na to sporo czasu. Ale jak trafisz, zamieniasz te darmowe tokeny na Bitcoina i powiększasz swoją kupkę złota za darmo.
Druga opcja dla odważnych to DeFi. Zdecentralizowane finanse. Tam nie trzymasz krypto w skarpecie. Wrzucasz je do “pracy”. Są tak zwane pule płynności. Łączysz na przykład Bitcoina z dolarami i udostępniasz innym do handlu. W zamian dostajesz prowizje od każdej transakcji. Czasem zyski roczne to 20, 30, a nawet 100 procent. Brzmi super? Ryzyko jest takie, że kod może mieć błąd. Hakerzy to wykorzystają i kasa znika. Albo wartość jednej monety spadnie tak mocno, że stracisz więcej na różnicy kursowej niż zarobisz z prowizji. To się nazywa “nietrwała strata” i boli jak diabli.
Jest też teraz szał na Ordinals i Runes. To nowość. Kiedyś Bitcoin był tylko do płacenia. Teraz ludzie robią na nim NFT i tokeny. Takie obrazki i cyfrowe żetony zapisane bezpośrednio na Bitcoinie. Kupujesz taki obrazek, jak jest tanio, i liczysz, że za tydzień ktoś go odkupi 10 razy drożej. To jest czysty hazard. Czysta spekulacja. Ale ludzie na tym robią fortuny w tydzień. Oczywiście inni tracą wszystko, bo zostają z bezwartościowym obrazkiem kamienia.
Inna strategia to “karmienie króla”. Nie kupujesz Bitcoina. Kupujesz ryzykowne, małe kryptowaluty, tak zwane altcoiny. One potrafią urosnąć o 500% w miesiąc, kiedy Bitcoin rośnie tylko o 20%. Jak urosną, sprzedajesz je szybko i za zysk kupujesz Bitcoina. Dzięki temu masz go więcej, niż gdybyś kupował go bezpośrednio. To działa świetnie w hossie. W bessie zostajesz z workiem śmieciowych walut, które są warte zero. To gra na wyczucie momentu.
Możesz też spróbować arbitrażu. To dla bystrzaków. Czasem Bitcoin na jednej giełdzie kosztuje 60 tysięcy, a na drugiej 60 tysięcy i 200 dolarów. Kupujesz tam gdzie taniej, przesyłasz, sprzedajesz tam gdzie drożej. Różnica jest Twoja. Brzmi prosto, ale musisz być szybki. Często zanim prześlesz środki, różnica znika. Do tego prowizje za przesył zjadają zysk. Ale są ludzie, co robią to zawodowo.
Pamiętaj tylko o jednym. Te metody, o których piszę, to nie jest inwestowanie. To jest praca połączona z kasynem. Możesz pomnożyć kapitał razy dziesięć. Możesz też obudzić się z zerem na koncie. Poprzednik dał Ci radę, jak nie stracić. Ja Ci daję radę, jak spróbować wygrać życie, albo polec w chwale. Wybór należy do Ciebie, ale na początek nie wrzucaj w te wynalazki więcej niż 10% tego co masz. Resztę trzymaj bezpiecznie, tak jak kolega wyżej pisał.

